rozdział I

niedziela, 2.września.2012, 14:16

ROZDZIAŁ I
Druga Szansa


Dom państwa Weasleyów, Nora, jeszcze nigdy nie był tak pusty, a zarazem tak pełny, jak tego lata. Na pierwszy rzut oka nie działo się tu zupełnie nic szczególnego, lecz przysłowiowe cztery ściany skrywały w swoim wnętrzu tragedię i cierpienie, a także wspomnienia, o których chciałoby się zapomnieć - czarną wojnę, która zabrała ze sobą wiele ofiar, odbierając również cząstkę duszy pozostałym przy życiu.
Mimo to wszyscy powoli wracali do rzeczywistości, zmuszeni do pogodzenia się ze stratą swoich bliskich. Temu zadaniu musieli również sprostać sami Weasleyowie, choć nie przychodziło im to z łatwością. Nie każdego dnia traci się syna, brata, przyjaciela. I nikt z nich nigdy nie zapomni o tym, którego naprawdę kochali. Fred nie opuści ich myśli nigdy i pozostanie wśród nich na zawsze, mimo że już nigdy nie usłyszą jego śmiechu.
Dni upływały szybciej niż zwykle, a mimo sielanki, jaka nastąpiła po śmierci Lorda Voldemorta i wielu jego zwolenników, trzeba było zająć się również sprawami przyziemnymi.
Hermiona skorzystała z tego, że wszyscy nadal byli pogrążeni w twardym śnie i wyślizgnęła się spod koca, którym przykryła ją pani Weasley, myśląc, że marznie. Nic bardziej mylnego, jednakże dziewczyna nie chciała jej urazić i zignorowała dokuczliwe nakrycie. Kobieta nie mogła przecież wiedzieć, że jedna z jej podopiecznych cierpiała ostatnio na bezsenność i zarejestrowała tę przepełnioną troską czynność. Nie, Hermiona po prostu nie potrafiła obarczać jej swoimi własnymi problemami. Nie po tym, co Molly jej tutaj zapewniła.
Spojrzała na skuloną pod kocem Ginny. Ognistorude włosy dziewczyny tworzyły na poduszce coś na wzór lwiej grzywy, na co Granger uśmiechnęła się pod nosem. Tak, jej przyjaciółka z całą pewnością nie bez powodu trafiła do Gryffindoru.
Najciszej, jak tylko potrafiła, Hermiona wyślizgnęła się z pokoju, starając się nie trzaskać drzwiami. W korytarzu nadal panował półmrok, ale osiemnastolatka nie odczuwała potrzeby, by zapalić światło. Jeszcze zwróciłaby czyjąś uwagę, a nie zamierzała się tłumaczyć, dlaczego kręciła się po domu o tak wczesnej porze. Uparła się, by przekonać do czegoś Rona i musiała tego dokonać za wszelką cenę. To był jej cel na dzisiejszy dzień i zapewne zajmie jej sporo czasu, ale nie przejmowała się tym. Wiedziała, że pójdzie jej nieco łatwiej, gdy nie będzie w pobliżu Harry’ego. Od kiedy jego chrześniak stracił rodziców podczas Bitwy o Hogwart, chłopak pomagał Andromedzie zajmować się nim. Tym razem był zmuszony zostać w domu Tonksów na noc, bo malec zachorował i jego babcia nie poradziłaby sobie sama. Według Hermiony to było urocze, że Harry zdecydował się wspierać Andromedę i jednocześnie korzystne dla niej, bo dzięki temu mogła spędzać więcej czasu tylko z Ronem.
Weszła do pokoju Rona, spodziewając się, że spał, tak jak reszta jego rodziny. Zdziwiła się, dostrzegłszy, że leżał na łóżku, podrzucając w górę kulkę papieru. Gdy tylko pojawiła się w drzwiach, spojrzał na nią, a jego zabawka upadła na podłogę. Zignorował to, a jego usta wygięły się w lekkim uśmiechu.
– Też nie możesz spać? – spytał, podpierając się na łokciach, by lepiej ją widzieć.
Rozczochrane, ciemnobrązowe włosy tworzyły aureolę wokół bladej, zmęczonej twarzy, a jasna koszula nocna sprawiała, że jej zaczerwienione oczy były jeszcze bardziej widoczne. Mimo to musiał szczerze przyznać, że Hermiona była ładna. Może nie tak piękna, jak choćby Fleur, ale zależało mu na niej, a to najważniejsze.
Dziewczyna skinęła niemrawo głową, po czym podeszła do jego łóżka i schyliła się, by podnieść kulkę pergaminu. Jeśli to było to, o czym myślała, z pewnością nie będzie zadowolona. Nadal pokładała w Ronie wszelkie nadzieje, nawet wiedząc, że i tak nie ruszyłby się nigdzie bez Harry’ego. Ostatnio stali się nierozłączni, a Weasley wciąż się denerwował, że ich przyjaciel spędzał mnóstwo czasu u Andromedy. Ale Potter po prostu uparł się, że nie mogą pozwolić Teddy’emu na takie dzieciństwo, jakie miał on sam. Może miał rację, a może nie. Raczej prędko się o tym nie przekonają, a wszystko będzie się jedynie kończyć nerwami.
Rozwinęła kartkę, przyglądając się uważnie temu, co zostało na niej napisane. Część tekstu stała się niewyraźna, ale Hermiona doskonale znała treść tego listu. Otrzymała dokładnie taki sam i domyślała się, że sowa przyniosła go również Harry’emu. Nie mogła jednak potwierdzić tej informacji, bo nie widziała go od wczorajszego poranka.


Szanowny panie Weasley,
ze względu na sytuację, jaka miała miejsce w ubiegłym roku szkolnym, Rada Nadzorcza Hogwartu zadecydowała, że umożliwi Panu powtórzenie ostatniej klasy oraz zaliczenie końcowych egzaminów, niezbędnych do pańskiej dalszej edukacji lub podjęcia pracy. Decyzja należy wyłącznie do Pana, a pańskiej sowy oczekujemy do dnia 31 lipca. W przypadku pozytywnej odpowiedzi otrzyma Pan dalsze wskazówki, dotyczące pańskiego powrotu do szkoły.


Z wyrazami szacunku,
Fillius Flitwick
zastępca dyrektora Hogwartu


Hermiona spojrzała na niego wymownie, starając się nie wybuchnąć złością. Dostał drugą szansę i traktował ją jak zwykłą głupotę. Jak tak można? I właśnie do tego chciała go przekonać – by wraz z nią powrócił ponownie do szkoły, mimo że jej widok sprawiał tyle bólu. Spodziewała się, że Harry mógł jej odmówić, bo w końcu nie każdy chce powracać do miejsca, w którym stanął oko w oko, a następnie zabił swojego najgroźniejszego przeciwnika.
– Dostaliśmy drugą szansę, a ty chcesz ją zignorować? – odezwała się, posyłając mu groźne spojrzenie, ale on tylko wzruszył ramionami. Typowy Ron! Za nic miał sobie naukę i jakiekolwiek życiowe osiągnięcia.
– Po co miałbym wracać do Hogwartu? – spytał. – Harry też nie wróci. Chce zostać aurorem.
– Bez egzaminów mu się to nie uda – stwierdziła stanowczo.
– Hermiono, on zabił Sama-Wiesz-Kogo! – przypomniał jej, podnosząc głos, ale po chwili opanował się, by nikogo nie obudzić. Gdyby trafiło akurat na Ginny, nie pozbyliby się jej z tego pokoju, dopóki nie dowiedziałaby się, o co im chodziło. – Wszyscy będą walczyć o to, by z nimi pracował, a zwłaszcza Biuro Aurorów!
– Voldemorta, Ron – warknęła dziewczyna, oburzona tym, co mówił. – Nie musisz się bać tego nazwiska. On już NIE ŻYJE!
– Przecież wiem.
Patrzyli na siebie z niechęcią przez dłuższy czas, nie wydusiwszy z siebie ani jednego słowa. W końcu Hermiona zrezygnowała, by nie marnować czasu na głupoty. Nie teraz, kiedy mieli zaledwie dzień na podjęcie właściwej decyzji.
– Więc co chcesz robić? – zapytała, nie wiedząc, czy naprawdę chciałaby znać tę odpowiedź. A co, jeśli skończy się na całych tygodniach spędzonych na kanapie z miską słodyczy w jednej ręce i butelką Ognistej Whisky w drugiej?
– Przecież wiesz, że pomagam George’owi w sklepie – powiedział Ron. – I mogę się bawić gadżetami, kiedy nie patrzy – dodał po chwili z szerokim uśmiechem. Gniew poszedł w zapomnienie. Jak zawsze, gdy przypominała mu się dobra zabawa.
Racja, pomyślała Hermiona. Magiczne Dowcipy Weasleyów! Od śmierci Freda George’owi nie sprawiało to już przyjemności. Właściwie zaniedbał sklep i przychodził do pracy tylko ze względu na Rona, któremu były potrzebne pieniądze. Pojawiał się na dole tylko raz dziennie, zaledwie na krótką chwilę, a potem zaszywał w swoim mieszkaniu, spędzając tam długie, samotne godziny. Lekkomyślne z jego strony, ale o bliźniakach nigdy nie można było powiedzieć, że byli rozsądni.
Ale czy Ron naprawdę sądził, że zdoła z tego wyżyć? Przecież George niedługo powróci do łask i zapewne pozbawi brata pracy, nie potrzebując już jego pomocy. A może się myliła? Może ich stosunki wcale nie były takie złe i jej chłopak (jak to dziwnie brzmiało, nawet w jej myślach) tylko przesadzał?
– Mimo wszystko mógłbyś wrócić do szkoły – upierała się Hermiona. – Przynajmniej dla własnej satysfakcji.
– A nie przypadkiem twojej? – spytał, patrząc na nią podejrzliwie. – Harry’ego tak nie namawiasz. I założę się o wszystko, co mam, że Neville też rezygnuje.
– I tu się zdziwisz! Napisał do mnie z pytaniem, czy mamy zamiar przystać na tę propozycję, bo on chciałby ukończyć szkołę.
To go zdziwiła. Że niby Longbottom chciał wrócić do miejsca, gdzie spędził kilka lat jako pośmiewisko? Ale przecież się zmienił! Popisał odwagą, która niestety powoli zaczęła przeradzać się w bezmyślność.
– Mówisz serio? – spytał po chwili. Jej słowa nadal do niego nie docierały. Nie wierzył jej i musiał się przekonać na własnej skórze, czy miała rację. Mimo wszystko nie chciał jednak powracać do Hogwartu. Po co? Miał zapewnioną świetlaną przyszłość za kasą w Magicznych Dowcipach Weasleyów i mu to wystarczało. Może kiedyś pójdzie w ślady Harry’ego, ale nie teraz. Po tylu dniach walki o własne życie, przestało mu się podobać polowanie na czarnoksiężników.
– Tak, mówię serio – warknęła Hermiona, oburzona jego głupotą. Ostatnio zaczęło jej się wydawać, że Ron w jakiś sposób dojrzał, stał się inteligentniejszy, ale jednak się pomyliła. Najgorszy był jednak fakt, że w tym wszystkim był tak uparty, że po prostu nie potrafiła przemówić mu do rozsądku.
– I naprawdę wierzysz w to, że wszyscy wrócą do Hogwartu? Do miejsca, gdzie stracili swoich bliskich? – mruknął, skupiając wzrok na swoich nogach. Nigdy nie rozumiał, co tak naprawdę ciągnęło ją do zdobywania wiedzy. Nawet tego nie potrzebowała, bo była najlepsza we wszystkim bez pomocy nauczycieli. Miał szansę obserwować ją przez tyle czasu i byłby naprawdę ślepy, gdyby nie zauważył, że sama była zdolna do tego, by się czegoś nauczyć.
– Tak, Ronaldzie, wierzę w to – oświadczyła i wyszła z pokoju, zostawiając go samego. Nie znosiła tych kłótni, ale nic na to nie mogła poradzić. Były nieodłącznym elementem ich relacji. Poza tym nie miała teraz siły, by dłużej się z nim przekomarzać. Brak snu doskwierał jej teraz jeszcze bardziej niż zwykle.


~*~


Draco wpatrywał się sceptycznie w list, który leżał tuż przed nim na ogromnym, drewnianym stole w jadalni. Co to miało znaczyć? Pozwolili mu wrócić do Hogwartu? Po co? I dlaczego, skoro wszyscy nienawidzą go i całą jego rodzinę? Zrozumiałby, gdyby jego ojciec nadal miał prawo głosu w Radzie Nadzorczej szkoły, ale utracił je dawno temu, a na dodatek gnił teraz w jednej z cel Azkabanu za zbrodnie, jakie popełnił u boku Czarnego Pana. Draconowi i jego matce się upiekło, a wszystko dzięki Potterowi, który zeznał przed Wizengamotem, że Narcyza Malfoy ocaliła mu życie. Osiemnastoletni już blondyn nie wiedział, czy była to prawda. Jego rodzicielka nigdy nie chciała rozmawiać z nim na ten temat. Ostatnio nawet unikała towarzystwa kogokolwiek i spędzała całe dnie zamknięta we własnej sypialni. Najwyraźniej nie potrafiła przeboleć tego, że jej ukochany mąż spędzi resztkę swojego życia w więzieniu, ale Dracon był z tego faktu zadowolony. W końcu wyrwał się z łapsk Lucjusza i nie musiał liczyć się z jego zdaniem. Był wolny. A Czarny Pan już nie żył, nie czyhał na jego życie i nie wykorzystywał do swoich niecnych celów.
Powinien ukończyć szkołę? Czy zrezygnować z tego całkowicie i nie pokazywać się ludziom na oczy? Sam już nie wiedział. Nienawidził tych przeklętych murów i z miłą chęcią nie zgadzałby się na to wszystko, ale bez zaliczonych egzaminów nie miał co liczyć na pracę w Ministerstwie Magii. Nie był tym cholernym Potterem, któremu wolno było wszystko. Ten Bliznowaty nie musiał niczego robić, ale pewnie ta przeklęta Gryfonka z szopą na głowie zmusi jego i Wieprzleja do tego, by wraz z nią udali się do szkoły. A on wcale nie chciał oglądać tej trójki, będąc zupełnie samym. Crabbe stracił życie podczas Bitwy o Hogwart i, szczerze mówiąc, należało mu się przez własną głupotę, a Goyle nigdy nie wróci do Hogwartu, choćby miało od tego zależeć wszystko. Był kretynem, ale słuchał się Malfoya i dlatego wszędzie za nim chodził. Poza tym to były takie piękne miesiące bez Parkinson, która ciągle ukazywałaby mu, jak bardzo jej na nim zależy.
Ukrył twarz w dłoniach, nie wiedząc już, co ze sobą począć. Zmarnował się w tej szkole, zmarnował się przez ojca, a teraz miał dalej to wszystko ciągnąć? Mimo wszystko musiał zadecydować teraz i jak najszybciej odpowiedzieć, czy powróci we wrześniu do Hogwartu.
Sięgnął po różdżkę, która leżała tuż obok listu i machnął nią w stronę drzwi, a chwilę później z któregoś z pokoi przyleciał pergamin w towarzystwie kałamarza wypełnionego atramentem i najdroższe orle pióro. Przedmioty wylądowały tuż obok niego, ale ignorował je, obracając w dłoniach swój nowy nabytek - różdżkę. Tak często zmieniał ten ważny dla czarodzieja atrybut, że nie mógł już spamiętać, czy na pewno należał do niego, czy też pożyczył go od któregoś z członków rodziny. Uświadamiał go jedynie fakt, że różdżka słuchała go bez zarzutu.
W końcu dotarło do niego, co powinien zrobić. Złapał pióro, zanurzył je w atramencie i zaczął zapełniać pergamin swoim starannym pismem. Miał tylko nadzieję, że nie popełniał błędu, którego żałowałby do końca życia. W końcu otrzymał drugą szansę, mimo że na nią nie zasługiwał.


~*~


– Luna, skarbie – zawołał Ksenofilius Lovegood. – Zechciałabyś mi pomóc?
– Oczywiście, tatusiu – odkrzyknęła i tanecznym krokiem zbiegła po schodach do kuchni, gdzie mężczyzna o włosach przypominających watę cukrową mocował się z drzwiczkami od lodówki. Jeszcze tylko ten jeden szczegół i ich dom będzie jak nowy. To było nie do pomyślenia, by trójka siedemnastolatków była w stanie wysadzić podłogę, a wszystko na dodatek doprawili ci podli Śmierciożercy, których wezwał. Mimo wszystko było warto, skoro teraz mógł patrzeć na swoją córkę, całą i zdrową. Ucierpiała w czasie wojny, ale teraz wydawała się szczęśliwa, a to było dla niego najważniejsze.
Ksenofilius wciąż kłócił się z własnymi myślami, nie wiedząc, czy aby na pewno postąpił dobrze. W końcu chciał sprzedać tych, którzy uwolnili mu córkę i zakończyli to wszystko. A co by się stało, gdyby nie udało im się uciec? Zapewne już nigdy nie ujrzałby osoby, na której zależało mu najbardziej.
– Czym się martwisz? – spytała Luna, pomagając mu w przyczepieniu drzwi lodówki. Nigdy nie używali do takich zajęć magii, twierdząc, że ręczna robota jest o wiele lepszą zabawą. I mieli rację, bo to zbliżało ich do siebie.
– Nic takiego – stwierdził mężczyzna i uśmiechnął się sztucznie, nie chcąc jej denerwować. Nie mógł obarczać jej swoimi problemami. I nie potrafił przyznać się do błędu, jaki popełnił. Nie wybaczyłaby mu, a skoro do tej pory nie wiedziała, co w rzeczywistości zniszczyło ich dom, tak było po prostu lepiej.
– Przecież widzę w twoich oczach, że jest ci źle – przyznała, przyglądając mu się uważnie swoimi błękitnymi oczami, które tak bardzo przypominały mu jego żonę, a jej matkę.
– Wracasz do szkoły? – zapytał, chcąc zmienić temat. W przypadku Luny szło mu z tym bardzo dobrze i niezmiernie cieszył się z tego faktu.
– Tak – odparła z szerokim uśmiechem. – Neville napisał mi, że on i Hermiona także.
– Jak to? Przecież są starsi.
– Rada Hogwartu pozwoliła im powtórzyć klasę – wyjaśniła mu. – Ale Harry i Ron wcale tego nie chcą.
Ksenofilius przygryzł dolną wargę, słysząc imiona tych osób. Nigdy nie odzyska ich zaufania, o czym doskonale wiedział, ale cieszył się, że nadal przyjaźnili się z jego córką. Ona nie powinna cierpieć przez jego głupotę.
– Decyzja należy do nich – uznał spokojnym tonem, udając że skupia się na tym, co powinni teraz zrobić. A może jednak powinni użyć do tego magii? Tyle że to odebrałoby całą frajdę Lunie. Nie, niech będzie tak, jak jest.
– Chciałabym, żeby wrócili.
Uśmiechnęła się pod nosem, dając tym znak, że jednak godzi się z prawdą. Nie mogli ich do niczego zmusić, ale byłoby o wiele ciekawiej, gdyby w Hogwarcie pojawili się także najważniejsi członkowie Gwardii Dumbledore’a, jej pomysłodawcy i założyciele, bo to właśnie im świat zawdzięczał wolność.
– Możesz im to zaproponować,  skarbie, ale zrobią to, co uważają za słuszne.
– Masz rację, tatusiu – przyznała, uśmiechając się radośnie. – Może razem z Hermioną i Ginny uda mi się ich namówić.


~*~


Harry wpatrywał się sennie w kołyskę. Leżał w niej mały chłopiec o zielonych włoskach, które zapewne za kilkanaście sekund zmienią barwę na jaskrawy pomarańcz albo róż. Spoglądał z zaciekawieniem na grzechotki wiszące tuż nad nim, a jego opiekun co jakiś czas je szturchał, by wydawały z siebie zabawne dźwięki. Wywoływało to ogromną radość u dziecka, z czego młody Potter był naprawdę zadowolony. Po raz pierwszy w życiu miał okazję zajmować się kimś takim i nie szło mu najlepiej, więc każda udana czynność była o niebo lepsza od wygranej w Turnieju Trójmagicznym. Harry mógłby nawet szczerze przyznać, że pokonanie Rogogona Węgierskiego to nic w porównaniu ze sprawieniem, by kilkumiesięczny maluch przestał płakać.
Chłopak nie miał jednak wyjścia i musiał radzić sobie sam, bo Andromeda została zmuszona do wizyty w magicznej aptece, gdzie powinna zdobyć składniki do eliksiru dla małego. Że też musiał zachorować akurat teraz, kiedy Harry chciał się skupić na załatwieniu sobie kursu na aurora. Mimo wszystko taka już fucha ojca chrzestnego, że pojawiał się, gdy był potrzebny. Teddy miał przynajmniej szansę spędzać z nim czas, bo były Gryfon nie był świadomy istnienia własnego aż do trzynastego roku życia, a potem i tak stracił go po zaledwie dwóch latach znajomości. Mały Lupin miał ogromne szczęście, że mógł się nim opiekować ktoś taki, jak Harry, co ciągle powtarzała Ginny, by dodać swojemu ukochanemu otuchy.
– Wiesz co, mały? – zwrócił się do chłopca Harry. – Czasem sobie myślę, że chciałbym się z tobą zamienić miejscami.
Teddy zwrócił na niego oczka koloru miodu, co jego opiekunowi przywiodło na myśl Remusa. Byli do siebie tacy podobni, mimo że chłopiec odziedziczył zdolności metamorfomagiczne po matce.
Kilkumiesięczne dziecko nie mogło jeszcze zrozumieć słów, które przed chwilą usłyszało i Harry naprawdę cieszył się z tego faktu. Mógł w spokoju się komuś wygadać, wiedząc, że nic nie wyjdzie na światło dzienne. Potrzebował teraz spokoju po tym wszystkim, co go do tej pory spotykało, a przecież Ginny za miesiąc wróci do szkoły, zostawiając go tu samego. Przynajmniej będzie miał jeszcze Rona, ale on ostatnio świata nie widział poza Hermioną, więc był po prostu nie do życia. Może odrobina rozłąki podziała na niego dobrze? No chyba że dziewczyna przekonała Weasleya do powrotu do szkoły, ale wątpił.
– Chyba pora spać – mruknął Harry. Gdyby udało mu się uśpić chłopca, miałby chwilę czasu na przejrzenie informacji na temat kursu aurorskiego, a przecież ostatnio ciągle ścigały go terminy.
Zaczął bujać kołyską, modląc się w duchu, by to pomogło, ale Teddy zamiast odczuć zmęczenie i automatycznie zasnąć przez rytmiczne popychanie, spoglądał z radością Pottera.
– Niech to szlag – burknął pod nosem osiemnastolatek. – Andromedo, wracaj już.
Harry jęknął z frustracją, zastanawiając się, czy istniała w ogóle taka siła, która pozwoliłaby temu maluchowi zmrużyć oko choćby na kilkanaście minut. Ale nie, chyba nawet Merlin i Dumbledore razem wzięci nie daliby sobie z nim rady.


Nastrój:
Kategoria: brak kategorii

alyssa